REDnacz
Gotowce: Dariusz Rekosz
Tym razem mamy dla Was gotowca tekstowego, czyli baśń "Cztery Czerwone Jabłka" napisaną przez Dariusza Rekosza.
Dariusz Rekosz (ur. 11 kwietnia 1970 roku w Sosnowcu) to autor książek dla dzieci i młodzieży, cyklu słuchowisk radiowych, prozaik, Animator Kultury w Muzeum Hansa Klossa w Katowicach. Jest również Honorowym Ambasadorem Literatury Dla Dzieci i Młodzieży, Kampanii Mama, Tata &... Myself?, laureatem dorocznej nagrody (2010) za osiągnięcia w dziedzinie twórczości artystycznej, upowszechniania i ochrony kultury, przyznanej przez Prezydenta Miasta Dąbrowa Górnicza. W 2011 roku był nominowany do dorocznej nagrody Prezydenta Miasta Dąbrowa Górnicza "Złoty Laur im. Adama Piwowara". Jego książka - "Detektywów para - Jacek i Barbara. Tajemnicza szafa" - uzyskała tytuł: Najlepsza Książka na Lato 2012, w kategorii "Dla Dzieci", w plebiscycie internetowym portalu Granice.pl. Ma na swoim koncie kilka serii wydawniczych: "Szkolny detektyw", "Mors i Pinky", "Detektywów para", "Czarny Maciek".
Oficjalna strona Dariusza Rekosza.

Co to są gotowce przeczytacie TUTAJ.

CZTERY CZERWONE JABŁKA

Było to w czasach, gdy drogi budowano z kamienia, a domy z drewna. Gdy Warszawa nie była jeszcze nawet wsią, a ludzie kłaniali się Słońcu, Księżycowi i kilku jaśniejszym Gwiazdom. W lesie łatwiej było spotkać sarnę i dzika, a rzeki mieniły się czystą wodą i obfitowały w wielkie stada ryb. W takich to właśnie czasach rozpoczyna się opowieść o Michale, Czarnym Błażeju i Czterech Czerwonych Jabłkach.
Michał mieszkał z matką w chatce, która stała na końcu wsi, leżącej między Królestwem Za Białą Górą, a Księstwem Wysokiego Dębu. Gdyby powiedzieć, że ich chatka była mała, to i tak byłoby to za dużo. Chatka była bowiem mikroskopijna, tyci-tyci. W jednej, jedynej izbie z trudem mieściły się dwa tycie-tycie łóżka, koślawy piec i skrzynia, zbita przez matkę z resztek drewna, co na spalenie nie poszło. W skrzyni trzymali cały swój dobytek, a że nie mieli tego dużo, to hulał w niej przeciąg o każdej porze roku. Stołu się nie dorobili, więc i krzesła nie były potrzebne. Jadali siadając na brzegu swych łóżek. A i tak najczęściej przebywali poza domem, więc Michał nie martwił się ani trochę, że przyszło mu żyć w takiej biedzie. Nie znał bowiem luksusu bogactwa, więc nie miał do czego porównać swojego żywota. Widywał we wsi inne zagrody, ale zawsze sądził, że domy różnią się tylko wielkością, a ludzie w nich z takiej samej gliny ulepieni. Matka - i owszem - wspominała nieraz o tym, że chciałaby, żeby chłopakowi było lepiej na świecie, ale sam Michał nie bardzo o to zabiegał. Ot, żeby na obiad rybę złowić, albo z lasu trochę owoców i grzybów przynieść. Gdy skończył lat szesnaście to nawet i zająca zdarzało się w sidła złapać. Jednego dnia przydybał sporą kuropatwę, co akurat po polanie chodziła. Zaczaił się w krzakach i hyc! Ptaka do worka ucapił. Lecz zdumiał się bardzo, gdy kuropatwa ludzkim głosem przemówiła do niego:
- Wypuść mnie, dobry człowieku, wypuść.
Podrapał się Michał za uchem, ale rezonu nie stracił.
- A co mi tam z twojej wolności? Rosół, i mięso na prawie dwa tygodnie mieć będziemy, to przecie nie głupim, żeby cię wolno puszczać.
- Wypuść mnie, proszę. A obiecuję, że nie pożałujesz.
Zamyślił się Michał - bo może i małe kuropatwy na matkę swoją czekają? - więc uchylił worka i ptak czym prędzej przysiadł na polance.
- Dzięki ci, chłopcze.
Przydreptała na krótkich nóżkach do Michała i dzióbkiem wyrwała ze skrzydła jedno pióro. Podała je młodzieńcowi. Wziął.
- Gdybyś potrzebował pomocy, wypuść to piórko na wiatr. Roztropnie jednak użyj mego daru. Od dziś będziesz też rozumiał mowę ptaków.
- Na wiatr, mówisz...
Z bliska przyjrzał się piórku i jeszcze raz podrapał w łepetynę. Chciał zapytać kuropatwę o jakiej to pomocy mówiła, ale gdy wzrokiem wrócił na polanę, to ptaka już tam nie było. Matce w domu nie przyznał się, że obiad puścił wolno. Jeszcze by mu nagadała. Piórko w kieszeni gaci schował i o całej sprawie zapomniał.
W niedzielny poranek, na dziedzińcu przed kapliczką stanęło dwóch konnych heroldów. Jeden w purpurę, drugi w błękitne szaty ubrany. Purpurat zadął w róg bawoli i zaraz się prawie cała wioska zleciała.
- Słuchajcie, ludzie! - zaczął ten w niebieskim. - Książe nasz miłościwy, władający Księstwem Wysokiego Dębu, ogłosił, że kto z ogrodu Czarnego Błażeja wykradnie cztery jabłka czerwone, ten za nie tyle złotych dukatów dostanie, ile tylko zdoła unieść.
Herold w czerwonym uniósł się w łękach i czapę swą lisią poprawił.
- Znajdą się tu jacy śmiałkowie?
Pomruk strachu i ciekawości przeleciał po ludziach. Wszak każdy wiedział, że siedziba Czarnego Błażeja, co za lasem stała, śmiercią pachnie i nikt się tam nawet na pięćset kroków nie zbliżał.
- A co takiego w tych jabłkach, matko? - zapytał Michał, gdy już heroldowie odjechali.
- Eeee... - skrzywiła się. - Ludziska gadają, że są zaczarowane, ale kto to może wiedzieć... - wzruszyła ramionami. - Bajdy pewnie...
Michała ciekawość do jabłek pchała. Pół nocy nie spał, ino o czerwonych owocach myślał. No i o złotych dukatach rzecz jasna. Pomógłby matce, a i swoje życie odmienił. Postanowił, że pójdzie. Nim dobrze kogut zapiał, już się przez las przedzierał i z gęstwy ujrzał obejście Czarnego Błażeja. Posępne było i zarośnięte zielskiem jakimś. Wspiął się na mur ogromny i na środku ogrodu wypatrzył czerwone owoce. Lecz gdy próbował zleźć na drugą stronę, trzy olbrzymie psy zjawiły się zaraz i ujadać w jego stronę poczęły. Przestraszył się chłopak i mocniej zielska uchwycił. Bestie zębiskami kłapały i ślinę z pysków toczyły. Niechybnie byłyby go rozszarpały. Dostać się do jabłek sposobności nie było żadnej.
"Gdyby tak mieć skrzydła? - pomyślał - "i nad psami przefrunąć..." I wtedy przypomniał sobie kuropatwę i jej piórko, które nadal w kieszeni nosił. Wyjął je, czym prędzej ułożył na dłoni i dmuchnął z całych sił. Poleciało do przodu, a potem z wolna zaczęło się na powietrzu unosić. Zaraz też znad lasu nadleciały stada ptaków przeróżnych. Mniejszych, większych, szarych i kolorowych. A wśród nich orzeł olbrzymi, który z majestatem do czerwonych jabłek podleciał, uchwycił je w szpony i zaraz ku Michałowi się zwrócił.
- Puściłeś wolno kuropatwę, ona nas do ciebie przysyła z pomocą. Kazała też przekazać, żebyś jabłka zjadł na zdrowie. Tylko umyj je wpierw!
- Jak mogę zjeść? Książe za nie złoto daje - oponował Michał.
- Zrobisz, jak uważasz. Co miałem powiedzieć, powiedziałem.
Rzucił chłopakowi jabłka i wraz z innymi ptakami zniknął za lasem.
Michał do domu wrócił i matce wszystko opowiedział. Zdziwiła się bardzo i zaczęła nawet wymyślać od łachudrów, że kuropatwę wolno puścił, ale gdy sobie o jabłkach i złocie przypomniała, to od razu uśmiechnęła się do syna.
- Pójdziesz jutro do Księcia i jabłka oddasz.
- Ale orzeł mówił, żeby je zjeść...
- Ja ci zjem! - palnęła go w głowę.
Nazajutrz, skoro świt, Michał w drogę ruszył. Jabłka w tobołek wsadził i gościńcem prosto do Księcia pomaszerował. Pół dnia szedł bez wytchnienia, aż w końcu pod okazałym kasztelem stanął. Zapukał do bramy i wnet mu otworzono.
Książę - gdy dowiedział się, z czym młodzieniec przybył - przyjął Michała, a jakże, i jeszcze wina dać mu kazał. Lecz gdy chłopak o złoto zapytał, to zaśmiał się tylko.
- Straże! - zawołał gromko.
Zjawiło się sześciu zbrojnych.
- Zakuć tego pyszałka w kajdany i do lochu wrzucić. Złota mu się zachciało - skrzywił się paskudnie.
Rycerze pochwycili Michała, a Książę prędko rozsupłał tobołek. Jakież było jego zdziwienie, gdy zamiast jabłek ujrzał... cztery ogryzki.
- Coooooo?! - zawył przeciągle.
Jak stał, tak usiadł. Jak usiadł, tak oniemiał. Oniemieli jego żołnierze, oniemiała służba.
- Brać go! I skrócić go o głowę! - zawołał Książę, wskazując na Miachała.
Wtedy za oknem dał się słyszeć szum tysiąca skrzydeł. Dwóch tysięcy, a nawet i pięciu! Nadciągnęły z lasu stada ptaków, a na przedzie orzeł olbrzymi, który na swoim grzbiecie niósł piękną dziewczynę. Przez okno do zamkowej komnaty wpadły i wszystkich na ziemie pokotem położyły. Łącznie z Księciem. Tylko Michał stał bez strachu.
- To ty zjadłeś jabłka? - odezwała się do niego nieznajoma.
- Tak - przyznał, rumieniąc się nieco. - Droga do zamku daleka, a matka nic mi do jedzenia nie dała... Poza tym słowa orła nie dawały mi spokoju.
- Dobrze zrobiłeś. Zjadając jabłka, zdjąłeś ze mnie zaklęcie, a tego, kto to zrobi, obiecałam poślubić. To ja byłam tą kuropatwą, którą wolno puściłeś. Jestem Królewną z Królestwa Za Białą Górą. Czarny Błażej rzucił na mnie zaklęcie, które Książe tak niecnie chciał zdjąć, ciebie wykorzystując. Wskakuj, młodzieńcze na grzbiet mego przyjaciela i opuśćmy to ponure miejsce - rozejrzała się wokół. - A tobie, Książę, życzę więcej roztropności. Zachłanny dwa razy traci.
Michał posłusznie zajął miejsce na grzbiecie orła, który od razu wzbił się w powietrze i odleciał do Królestwa Za Białą Górą. Po drodze zatrzymali się jeszcze pod Michałową chatką, skąd zabrali poczciwą matkę.