REDnacz
Gotowiec: Anna Garbolińska
Podobnie jak w latach ubiegłych, tak i w tym, przygotowaliśmy dla Was pakiet "gotowców", które wykorzystać mogą dzieci nie mogące znaleźć sobie partnera, lub chcące sprawdzić się w duecie ze specjalnym gościem Bazgroła.
Jako jedna z pierwszych na naszą prośbę odpowiedziała w tym roku Anna Garbolińska, autorka pierwszej w Polsce książki o Ekonomii dla dzieci "ROZMOWY Z UŻYCIEM GŁOWY" wyróżnianej m.in. przez Komitet Ochrony Praw Dziecka. 
Pani Ania jest oprócz tego:
- Laureatką konkursu Świat Przyjazny Dziecku.
- Finalistką plebiscytu "Kobieta Przedsiębiorcza Roku"
- Absolwentką Organizacji i Zarządzania na Uniwersytecie Ekonomii oraz podyplomowych studiów Marketingu Usług w Wyższej Szkole Bankowej. 
- Członkiem Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego oraz Polskiej Sekcji IBBY
- Niestrudzoną agitatorką nauczania ekonomii w szkole podstawowej.
- I co najważniejsze mamą Liliany i Gabriela!

Co to są GOTOWCE

 HULAJNOGĄ W ŚWIAT EKONOMII?                            

- Zaraz?, kiedy to było?  
- Czy to w tym roku, gdy wypadł mi ostatni mleczak? 
- Nie, chyba nie. To musiało być wcześniej! Przecież o hulajnodze marzyłam już od pierwszej klasy! 
Niejednokrotni śniła mi się moja wymarzona hulajnoga, wówczas przemierzałam na niej odległe ulice i budziłam się z uczuciem dziwnej lekkości. A później docierało do mnie, że był to tylko piękny sen, więc znów marzyłam i znów śniłam. A marzenia lubią się spełniać, posłuchajcie!

Czy wiecie, że odwaga, zmienia się w zależności od nastroju? Raz jesteśmy odważni niczym torreador walczący z wielkim bykiem, a innym razem najchętniej schowalibyśmy się w mysią norkę. Jeżeli czegoś bardzo pragniemy, często nie mamy odwagi by dopomóc naszym marzeniom. Może to jest strach przed ich niespełnieniem,  a może każde marzenie potrzebuje czasu, by dojrzeć jak soczyste  jabłko. Moje marzenie chyba też już dojrzało, bo nareszcie poczułam, że domaga się natychmiastowego spełnienia. Tak mocno w to wierzyłam, że pewnego  wieczoru, gdy jak zwykle mama otulała mnie kołdrą do snu,  odważyłam się zapytać o nurtującą mnie od miesięcy sprawę.  Wtedy moja odwaga z ziarnka piasku urosła do ziarnka sporej fasoli. 
- Mamusiu, wiesz, co ja bym tak bardzo chciała dostać? 
- Komputer? - przerwała mi  z uśmiechem mama. - Już się nawet dziwiłam, że nie wzorujesz się na zachciankach swoich rówieśników i nie wymagasz od nas jego kupna.
- Nie, nie komputer. I nie rower, i nie rolki nawet. Tak bardzo chciałabym mieć hulajnogę. Z idealnymi, szybkimi kółkami. I koniecznie czerwoną! I oszczędzam na nią od dawna z kieszonkowego - wyrzuciłam z siebie jednym tchem obawiając się, że mama mi przerwie. 
- Wiesz kochanie, wszystko w swoim czasie. Teraz nie bardzo mamy pieniądze, mieliśmy sporo wydatków. Musisz być cierpliwa - stanowczo odparła mama, co zazwyczaj oznaczało koniec dyskusji na dany temat. 
- Mamo -  zapytałam ponownie, poprawiając na poduszce ulubionego pluszowego kota. - A kto wymyślił te pieniądze? Na pewno jakiś złośliwy czarodziej.
- Hmm, tak naprawdę to chyba nikt ich nie wymyślił - zastanowiła się mama. - Właściwie pojawiły się same.
- Jak to? - zdziwiłam się.
- Otóż wyobraź sobie moja mała ciekawska kobietko, że kiedyś nie były one nikomu do niczego potrzebne. Każda rodzina wytwarzała na własny użytek niezbędne rzeczy. Tata hodował tyle krów, ile mleka  mogły wypić jego dzieci. Mama sadziła tyle warzyw, ile potrzebowała rodzina. Dzieci zbierały z drzew tyle owoców, ile dały radę zjeść na deser. Od czasu do czasu, gdy warzywa wyjątkowo pięknie obrodziły, mama zanosiła ich nadmiar sąsiadce. Miła sąsiadka aby się zrewanżować, dawała za nie trochę miodu - odparła mama, poprawiając mi poduszkę. - Aby zdobyć potrzebne rzeczy, po prostu wymieniano się towarami - mama rozpostarła  ramiona, chcąc mi uzmysłowić, jak wielka mnogość towarów podlegała wymianie. 
- E, to chyba nie było wygodne. Pieniądze można zaoszczędzić i zachować na zapas. A mleko albo owoce zaraz się popsują, prawda? - w moim tonie przeważało lekkie powątpiewanie. 
- Masz rację! - wykrzyknęła mama. -  Zaczęto myśleć o czymś bardziej trwałym do wymiany. Na przykład dawniej bardzo długo takim towarem była sól. Do dziś znamy powiedzenie "słono za to zapłaciłem!" - wyjaśniała cierpliwie.
Nagle w moim umyśle zakiełkowało pewne wspomnienie i postanowiłam podzielić się nim z mamą. -  Pamiętasz, gdy mechanik wymieniał jakąś część w naszym samochodzie, tato też mówił, że słono za to zapłacił. Acha, - i jeszcze dodał, że ten pan skasował go jak za zboże!
- Zboże lub bydło też dawniej służyły jako towar na wymianę - roześmiała się mama. 
- Oj, mamo - ale chyba nie zamieniano krowy na jabłko? To byłoby niesprawiedliwe - zgorszyłam się. 
- Oczywiście kochanie. Potrzebowano towaru, który można łatwo  podzielić. 
- Jak czekolada? ? ucieszyłam się, przecież każde dziecko lubi czekoladę. - Dzisiaj na podwieczorek podzieliłaś tabliczkę, dałaś połowę mi i połowę mojemu bratu. Obie połówki były takie same. Chociaż i tak się kłóciliśmy. Powiedział, że jego połowa jest większa. 
- Przecież nie ma większej i mniejszej połowy. Każda połowa jest równa! - zdziwiła się mama.
- No tak - że też na to nie wpadłam! - zafrasowałam się. - Mamo, a co było dalej z tym pieniądzem? 
- Przez cały czas poszukiwano czegoś idealnego do wymiany. Aż po pewnym czasie wymyślono kulki. Robili je Złotnicy ze złota lub srebra.
- Kulki? ? zaciekawiłam się.
- Tak, później zaczęto je spłaszczać i stawiać na nich pieczęcie. Potem wymyślono karbowane brzegi aby było widać, czy jakiś oszust nie odłamywał małych kawałeczków.
- Mamo, gdzie dawniej trzymano pieniądze aby ich nie zgubić? - nie rezygnowałam z poznania dalszej historii.
- Jak słusznie zauważyłaś, można było je łatwo zgubić lub  zostać ograbionym - powiedziała mama. - Dlatego pozostawiano je u Złotników, otrzymując w zamian papierowe potwierdzenia. 
- Takie papierowe banknoty? - zadumałam się.  
- Jesteś bardzo bystra - odparła mama, gładząc mnie z uznaniem po wilgotnych po kąpieli włosach. W  ten oto sposób powstały pierwsze banknoty.
- Wiesz mamo, historia pieniądza jest bardzo skomplikowana - ziewnęłam, a potem przytuliłam swojego kota i zasnęłam. 
Zgadnijcie, co mi się przyśniło? 
Przyśniła mi się maszyna do drukowania pieniędzy. Była tak pękata jak telewizor dziadka. Miała wielką trąbkę z przodu do której składało się zamówienie, a od spodu wyskakiwała  odpowiednia ilość banknotów. 
- Fajnie byłoby  mieć taką maszynkę do drukowania pieniędzy! - powiedziałam mamie następnego ranka. 
- Dzięki takiej maszynce, wszyscy szybko staliby się biedni ? odparła mama.
- Co ty mówisz mamo?! - zdziwiłam się. - Kupiłabym sobie wreszcie tę hulajnogę. Tacie nową komórkę, bo ciągle narzeka, że ta stara go wykańcza psychicznie, dla Ciebie nowy płaszcz i nowe... - wyliczałam. 
- Oj, córeczko - przerwała mi mama. Wyobraź sobie, że  gdyby każdy miał taką maszynkę,  to na pewno drukowałby sobie codziennie masę pieniędzy. Towary w sklepach szybko sprzedawałyby się  a obywateli byłoby stać na wszystko.  Najnowsze telewizory zniknęłyby półek. Nie wszyscy zdążyliby je kupić. Stałyby się wtedy bardzo poszukiwane. Sprzedawcy na pewno zaraz podnieśliby ceny. Ludzie dodrukowaliby sobie jeszcze więcej pieniędzy i tak bez końca. Pieniądze byłyby tak mało warte, że taniej byłoby nimi palić w kominku.
- Oj niedobrze!  - zatrwożyłam się. Lepiej będę nadal sumiennie składać pieniążki na moje lśniące marzenie.  
Kilka tygodni później, w niedzielny poranek świergot ptaków zadziałał na mnie jak przyjemny, ale nie naglący dźwięk pobudki. Jak zwykle śniłam o pięknej, czerwonej hulajnodze, na której odbywałam podróże życia. Tym razem odwiedzałam gorący, słoneczny?, ale mniejsza o to. Muszę wam się przyznać, że  zupełnie nie wiem jak to się stało, ale zapomniałam, iż był to jeden z tych dni,  na które dzieciaki czekają cały rok. Otworzyłam oczy i przeciągnęłam się jak zwykle bardzo mocno. Wtem zauważyłam coś absolutnie wspaniałego, ale przecież to nie mogła być prawda. Zamknęłam szybko oczy i znów je otworzyłam. Zjawisko nie zniknęło. 
Zrobiłam tak jeszcze kilka razy, aż do momentu w którym upewniłam się,  że wzrok mnie nie zawodzi. Na środku pokoju stała piękna, smukła, czerwona hulajnoga. Właśnie taka o jakiej marzyłam.
- Mamoooo! - krzyknęłam z całych sił. Mama wszystko wie, może też będzie mogła wytłumaczyć to cudo. Usłyszałam tupot stóp i w drzwiach mojego pokoju pojawili się roześmiani rodzice, a brat trzymał w dłoniach wielki talerz z tortem truskawkowych, na którym radośnie migotały płomyki kolorowych świeczek. 
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! - zawołali.  
- Oh, dziękuje, ale jak to się stało? Przecież mieliśmy inne wydatki i w ogóle... Mówiłaś mamo,  że nie mamy teraz gotówki - wzruszona wyszeptałam, uświadamiając sobie, jaki dziś dzień. 
- Kochanie, Twoi dziadkowie również dołożyli się do prezentu, a poza tym, pieniądz wciąż się zmienia - powiedziała mama przysiadając na brzegu mojego łóżka. - Dzisiaj mamy już karty kredytowe. Jeżeli wypadną niespodziewane ale ważne wydatki, możemy pożyczyć pieniądze z banku i wypłacić z bankomatu. Jeśli korzystamy z nich rozsądnie i oddajemy taką pożyczkę w terminie,  jest to bardzo wygodne rozwiązanie ? roześmiała się. 
- Wiem, że od dawna oszczędzałaś i marzyłaś o tej hulajnodze. Wszystkiego najlepszego córeczko! - mama objęła mnie i mocno pocałowała w policzek. To był najpiękniejszy dzień   w moim życiu. 
I sami powiedzcie, czy marzenia i sny nie mogą się spełnić? Trzeba tylko mieć odwagę mocno w nie wierzyć.
I oszczędzać!