REDnacz
Gotowiec: Michał Pałubski
Podobnie jak w latach ubiegłych, tak i w tym, przygotowaliśmy dla Was pakiet "gotowców", które wykorzystać mogą dzieci nie mogące znaleźć sobie partnera, lub chcące sprawdzić się w duecie ze specjalnym gościem Bazgroła.
Michał Pałubski (ur. 3 marca 1979 r. w Piotrkowie Trybunalskim) - aktor kabaretowy, jeden z członków krakowskiej Formacji Chatelet. Współtwórca nieistniejącego już kabaretu Nie My. Szlify aktorskie zdobywał na scenie teatru w Częstochowie, którego dyrektorem był wówczas Marek Perepeczko wcielając się w tytułową rolę Pana Tadeusza w reżyserii Adama Hanuszkiewicza.

Co to są GOTOWCE

 NIE OCENIAJ KSIĄŻKI...                                                               

Pogoda była tego dnia piękna. Elwirka miała dwanaście lat i wracała wraz z koleżankami ze szkoły. 
Ubrane były w skórzane trendy kurtki z Zary ,co było znakiem rozpoznawczym ich "gangu". Żadna nie wiedziała do końca co to znaczy, ale brzmiało to bardzo dorośle. Szły raźnym krokiem wracając na swoje osiedle. Minęły plac zabaw, pełen rozwrzeszczanych dzieciaków, który po sześciu nudnych godzinach w budzie, jawił się niczym skąpany w słońcu raj. 

- Może się chwilę pobawimy? - zapytała Kornelia 
- Świetny pomysł - przytaknęła Marysia przerzucając plecak przez ogrodzenie i wspinając się na siatkę. 
- Idziesz ? - dziewczynki spojrzały na Elwirkę. 

W normalny dzień dziewczynka by się w ogóle nie zastanawiała, zwykle w domu byli starzy, którzy nie dość, że nigdy nie mieli dla niej czasu, to zawsze czegoś od niej chcieli. A to żeby wyniosła śmieci, a to żeby posprzątała swój pokój. Ale dzisiaj było inaczej, była pod opieką kochanej babci Zuzy, ponieważ rodzice znowu gdzieś wyjechali "w ważnych sprawach dorosłych?. Babcia Zuza była siwą, cudowną kobietą, zawsze miała dla niej czas, odpowiadała na zadane nawet najtrudniejsze pytania i co było chyba najważniejsze, zawsze traktowała Elwirę jak dorosłą. 

- Chyba dzisiaj odpuszczę. - powiedziała do koleżanek 
- Nie zamulaj - powiedziały dziewczynki równocześnie, nie do końca wiedziały co to znaczy, ale tak mówili dorośli, no Ci z ósmej klasy. 
- Dzisiaj... - zaczęła Elwirka. 
- Dzisiaj - przedrzeźniała ją Kornelia siedząc na szczycie ogrodzenia. A Marysia wisząc niby małpka głową w dół, kręciła nią to w lewo, to w prawo. 
- Tik, tak, tik, tak ,czas na decyzję zaraz minie. 
- Jesteś z nami, albo nie... - zaczęła Kornelia 
- Tik, tak, zastanów się - dokończyła Marysia 
- Dobrze, już dobrze - powiedziała Elwirka i wspięła się szybko, siadając z koleżankami na ogrodzeniu. Wyciągnęły z kieszeni ziarna słonecznika, zaczęły go iskać i pluć łupinami w przechodniów. Siedziały na ogrodzeniu, patrzyły na roześmiane, niczego niespodziewające się dzieci i wyglądały ofiary. Robiły tak zawsze. To beztroskie zajadanie słonecznika, było niczym cisza przed burzą. 
- Patrzcie - powiedziała Marysia wskazując palcem na małego chłopczyka, bawiącego się samotnie na skraju placu ? Rudy Wojtuś. 
- Oooooo, dzisiaj nie ma swoich okularków - powiedziała Kornelia - To w niczym nie pomaga, bo i tak chodzi jak ślepa kura ? powiedziała Elwirka, i dziewczynki zaniosły się śmiechem, a ogrodzenie zatrzęsło się w rytm ich podrygujących ciał. 
- Chodźcie, pogadamy z nim - powiedziała Kornelia. 
- Co Ty, zniżanie się do jego poziomu to grube faux pa ? ziewnęła niczym dama Marysia, Elwirka skinęła delikatnie głową wachlując się nie istniejącym wachlarzem. 
- Chodźcie, będzie fajnie - nie dała się zbyć Kornelia. 

Dziewczynki zeskoczyły z ogrodzenia i zaczęły krążyć wokół Wojtusia niczym sępy nad ofiarą. 

- Cztery oczy, gdzie masz bryle - zaczęła Elwirka. 
- Nie mów tak do niego... - powiedziała Marysia - ... bo jeszcze Cię ugryzie, wiesz Ryże to wredne. 
- Byłeś szczepiony? - zapytała z pogardą Kornelia i szturchnęła Wojtusia łokciem. 
- Wiecie, co... - powiedziała Elwira ? Takie coś to powinni izolować. Izolować... 
- Izolować ? podchwyciły dziewczynki i zaczęły wirować w dziwnym tańcu wokół płaczącego Wojtusia, co raz wykrzykując -I-zo-lo-wać!!! 

Nagle Marysia i Kornelia zatrzymały się i zamilkły wpatrując się w przestrzeń nad głowa Elwirki. 

- I- zo -lo- wać!!! - skanowała samotnie Elwirka i usłyszała głos babci: 
- Elwira, do domu! 

***

Przez resztę popołudnia babcia nie odezwała się do Elwirki, ani słowem. Dziewczynce było bardzo przykro, ale nie zamierzała tego po sobie pokazać. Pomyślała, że przetrzyma babcie ponieważ, ta nigdy nie potrafiła się na nią długo gniewać. Jednak dzisiaj było inaczej, jakby ta tajemnicza więź, która łączyła ją z babcią została bezpowrotnie przerwana. Zbliżał się czas kolacji. I Elwirka czekała, na standardowe: "wnuuuuusiuuuuu kolacja", lecz się nie doczekała. W zamian tego, babcia weszła w milczeniu do jej pokoju i postawiła na zawalonym szkolnymi książkami biurku talerz z kanapkami, po czym wyszła. Nie było ciepłego, babcinego uśmiechu, ani "smacznego wnusiu", tylko cisza, smutna, złowroga cisza. Tak było do momentu położenia się do łóżka, wtedy babcia weszła cicho do pokoju Elwirki., ale zamiast wspaniałej opowieści jaką raczyła dziewczynkę przed snem, babcia spojrzała smutno i powiedziała: 

- Bardzo się na Tobie zawiodłam moja panno. 
- Babciu Ty nic nie rozumiesz, byłyśmy w grupie. Grupa to siła. Jeśli nie jesteś z nią, to jesteś sama. Ludziom bez grupy w dzisiejszych czasach jest ciężej. Poza tym to był tylko ryży chłopiec, którego i tak nikt nie lubi, bo jest głupi i brzydki. 
- Gorszy? - zapytała z jeszcze większym smutkiem babcia. 
- Nie! - skłamała Elwirka widząc smutek babci, ale w głębi duszy myślała, że Wojtek jest gorszy, bo nie jest ładny, nie ma kolegów, a poza tym od kilku przezwisk i kuksańców 

jeszcze nikt nie umarł. Wojtek powinien się dopasować, bo po prostu nie był jak inni, nie był jak większość. Jej rozmyślania przerwały słowa babci: 
- Jeszcze wiele się musisz nauczyć Elwirko. Nie oceniaj książki po okładce - powiedziała ze smutkiem babcia i zaczęła nucić kołysankę. Elwirka bardzo lubiła kołysanki babci, poprawiały nastrój i zawsze napełniały serce radością i optymizmem, lecz ta była inna, tej pieśni jeszcze nie znała, zamknęła oczy i zobaczyła, stary kamienny portal. 

Przypominał jej okrąg kamieni , który widziała w podróżniczej książce taty, zaraz... jak on go nazwał, pomyślała. Stonehange, tak stonehange. Już chciała otworzyć oczy i powiedzieć babci co widzi, gdy nagle portal rozbłysł, a ciało Elwirki przeszył dreszcz... 

***

... Obudziło ją przerażające zimno, leżała na zmurszałym kamieniu, słońce właśnie pojawiało się na horyzoncie, ale nie miało jeszcze dość sił by przegnać chłód nocy. Usiadła i zaczęła masować ramiona. Podczas gdy poruszające się rytmicznie ręce przywracały krążenie krwi zmęczonym i zziębniętym mięśniom, Elwirka myślała ile czasu minęło od wydarzeń o których śniła. Nie wiedziała już, czy powtarzający się co noc sen tak naprawdę się wydarzył, czy może to wyobraźnia płata jej figle, a jej prawdziwym światem jest to dziwne miejsce. Z rozmyślań wyrwał ją dźwięk siarczystego pierdnięcia. Spojrzała w kierunku źródła dźwięku i zobaczyła śpiącego jeszcze goblina, jej przewodnika i jedynego przyjaciela w tej krainie. Miki von Juśko, bo tak kazał się tytułować był brzydkim stworzeniem, a jego zielonobrązowa skóra nie pachniała zbyt ładnie. 
Pochodził z bardzo utytułowanego rodu, przynajmniej tak mówił. Jego połatany frak i cylinder dawno już zapomniały lata świetności, lecz mimo tego nosił je z godnością, której pozazdrościłby mu niejeden arystokrata. Cechą charakterystyczną Mikiego von Juśko było mówienie o sobie w drugiej osobie, co przy jego drugiej przypadłości czyli ciągłemu niekontrolowanemu popierdywaniu było bardzo komiczne, czasem nawet groteskowe, dlatego Elwirka nazywała go Von Pierdzioszkiem. Nazywała go tak oczywiście tylko w myślach, żeby nie obrazić swojego jedynego przyjaciela. 

- O panienka już nie śpi, dobrze - zaskrzeczał goblin, przeciągając się leniwie. 
- My też już się wyspaliśmy. Czas ruszać w drogę. Ech już nie mogę się doczekać wiatru we włosach - powiedział, składając swoje posłanie, popierdując przy każdym nawet najmniejszym ruchu. 
- Nie wiem czy droga jest gotowa na Twoje wiatry - zaśmiała się pod nosem Elwirka i zaraz się zbeształa za taką uwagę. Właśnie przez takie podejście trafiła do tego świata. 

Założyli plecaki i ruszyli w głąb lesistej doliny. Dzień zapowiadał się piękny, a to nie wróżyło w tym świecie nic dobrego. Nauczyła się tego zaraz po przebudzeniu się w nim... 
Jeszcze wtedy nie znała Von Pierdzioszka. Obudziła się na łące pełnej ślicznych kwiatów, był słoneczny poranek, a wokół niej unosił się piękny wiosenny zapach...to było wspaniałe przebudzenie, tak jej się przynajmniej wydawało, do momentu gdy nie usłyszała cieniutkich głosików. 

- Kto śmie na mnie leżeć!!??!! 
- Oj - powiedziała Elwirka - Przepraszam. 
- Jak śmiesz do mnie mówić! - wrzasnęła róża. 
- Cóż za pokractwo - krzyknął tulipan. 
- I do tego jak śmierdzi. - powiedział żonkil. 
- Może jeszcze chce nas wywąchać? - odezwały się konwalie. 
- I ten, tego, ten, zapomniałam co chciałam powiedzieć - westchnęła smutnym głosem niezapominajka. 
- Weźcie to stąd! Do dziury!!!! - krzyknęła piskliwie róża - Natychmiast!!!!! 
- Ja... - zaczęła Elwirka, ale nie skończyła, bo poczuła, że kwiaty zaczynają nieść ją w kierunku ciemnej rozpadliny. Elwirka chciała się wyswobodzić, ale im bardziej próbowała, tym bardziej oplatały ją pnącza wiciokrzewu. Zrezygnowała z walki myśląc, że to przecież tylko sen i zaraz się obudzi. Płynęła niesiona przez kwiaty, które jak w transie powtarzały: 
- Do dziury!!!Do dziury!!! Do dziury!!! - aż wreszcie usłyszała skrzekliwy głos. 
- STOP!!! Ona należy do mnie!!! 

I wtedy po raz pierwszy zobaczyła Mikiego von Juśko. Kwiaty go nie lubiły, ale miał u nich posłuch, natychmiast ją uwolniły, a ona patrząc na jego obrzydliwe oblicze drżała ze strachu...
Jeśli kwiaty chciały ją skrzywdzić, to co może zrobić ten potwór...
To wspomnienie spowodowało, że aż się zaczerwieniła ze wstydu. Jak mogła pomyśleć tak o von Pierdzioszku. 
Potrząsnęła głową jakby chciała wyrzucić to z pamięci. Spojrzała na swego towarzysza idącego powoli przed nią i powiedziała: 

- Miki możesz mi coś powiedzieć o Waszej Królowej? 
- Miki von Juśko jeśli łaska! I tak oczywiście, bo to bardzo ważna osoba - zamyślił się i głośno podkreślił zamyślenie siarczystym pierdnięciem. Po tej uwerturze, której nie powstydziłby się nawet najbardziej ceniony kompozytor powiedział: 
- Królowa jest bardzo piękną i mądrą kobietą. Dawniej bywała u nas ciągle, teraz pojawia się od czasu do czasu, aby rozwiązać wszystkie konflikty w krainie. 
- Dlaczego? - zapytała Elwirka 
- Nasza osoba tego nie wie. Złośliwi twierdzą, że Królowa włada jeszcze inną krainą i ją polubiła bardziej. Nasza osoba woli myśleć, że Królowa patrzy na nas i chce abyśmy to my o sobie decydowali, a pojawia się tylko wtedy gdy popełnimy jakieś olbrzymie głupstwo. 
- Ufasz jej? 
- To Królowa ufa naszej osobie, wie że jesteśmy jej najwierniejszym sługą. A to jej dar, który ma podkreślić jej zdanie o naszej osobie. 

To mówiąc wyciągnął zza pazuchy błyszczący w słońcu piękny kamień, który kontrastując z połatanym frakiem, wydawał się być rzeczą tak drogocenną, że strój Von Pierdzioszka, uchodzący do tej pory niemal za coś eleganckiego, przy tym kamieniu był co najwyżej łachmanem. Skąd pewność, że gdy dojdziemy do zamku Ona tam będzie? 

- Bo Królowa pojawia się zawsze gdy w naszym świecie pojawi się ktoś obcy. 
- Myślisz o mnie? 
- Tak! A rolą naszej osoby jest doprowadzić Cię przed Jej Majestat. Ona zdecyduję jakie będą twe dalsze losy. 

Elwirka troszkę przestraszyła się tych słów i zapytała: 

- Mówiłeś, że jest piękna? 
- Tak, nieskazitelnie piękna. 

Dziewczynka chciała przełknąć ślinę, ale ze strachu zaschło jej w gardle. Podczas podróży z Von Pierdzioszkiem nauczyła się o tym świecie już dużo. I wiedziała do jakich podłości zdolne są tu piękne rzeczy, ale nawet pomimo swej wybujałej wyobraźni nie potrafiła wymyślić co może jej zrobić nieskazitelna piękność. Obiecała sobie, że przy pierwszej nadarzające się okazji spróbuje uciec. 

- Koniec tej rozmowy, skupmy się na drodze. Musimy minąć las, zaraz za nim zatrzymamy się na obiad. 

Na słowo "obiad", kiszki Elwirki zakręciły się jak dotknięte czarodziejską różdżką, a brzuch zaburczał jak tresowany lew, którego kiedyś widziała w cyrku. W ciszy weszli do ciemnego lasu. Szli wolnym krokiem wśród zmurszałych drzew, las był bardzo gęsty i właściwie nie docierał tu nawet malutki promyczek słońca. Mijali małe krzewy i karłowate tuje wygięte w niemym krzyku, z gałęziami połączonymi niczym dłonie w modlitwie o choćby mały promień słońca, a nad nimi górowały stare drzewa z gęstymi gałęziami niczym strażnicy ciemności, niemo mówiący: ten mrok to nasze dzieło. Czasem między krzewami błysnęły czerwone ślepia jakiegoś stworzenia, ale szybko znikały, jakby tajemnica była ich bronią, a i Elwirka nie kwapiła się by je bliżej poznać. Weszli w mokry zagajnik, a ich wejściu towarzyszył nagły pisk setek nietoperzy, które przez chwilowe wtargnięcie intruzów musiały zmienić noclegownie. Ścieżka naznaczona była kałużami, którym przez brak słońca nigdy nie będzie dane wyschnąć. 

- Przeraża mnie ten las - powiedziała patrząc na plecy towarzysza i wytrzepując nieistniejące nietoperze ze swoich włosów. 
- Nie rozumiemy czemu - powiedział Miki swoim skrzekliwym głosem, który w tym miejscu był niezwykle przerażający. 
- Wy nie rozumiecie? 
- To znaczy nasza osoba nie rozumie. 
- No wszystko tu jest takie straszne i brzydkie - powiedziała Elwirka próbując uspokoić oddech, który przyspieszył start setki nietoperzy. 
- Las jest dobry - powiedział goblin. 
- Jak to? Przecież tu wszystko jest przerażające. 
- Posłuchaj - powiedział podirytowanym tonem Goblin - myślisz, że te stworzenia, drzewa, kwiaty chciały być takie? - nie dał jej odpowiedzieć kontynuując swoją tyradę. - Nie. 

Gdy się rodziły, chciały być piękne, niestety nie dostały słońca. Myślisz, że wszystkie piękne rzeczy w naszym świecie chciały być złe? 
Elwirka chciała coś powiedzieć, ale goblin był niczym rozjuszony byk podczas corridy, więc zamilkła i słuchała. 

- Nie, nie chciały być złe, ale tak to już u nas jakoś bywa. Jeśli urodzisz się piękny, wyrastasz w grupie pięknych i mądrych i uważających się za bóg wie co, to choćby nie wiem jak dobry mógłbyś być, idziesz za grupą, bo tak jest... 
- ... łatwiej - dokończyła smutno dziewczynka. 
- ... łatwiej - powiedział von Juśko jakby jej nie słysząc. 
- Jeśli wejdziesz między wrony ? spojrzał na Elwirkę wymownie, ona ze smutkiem pokiwała głową...
- Reasumując, las jest dobry. I dam Ci radę, bo cie lubię ? spojrzał w oczy dziewczynki najgłębiej jak się da - Nie oceniaj książki po okładce. 

Te słowa ścisnęły jej gardło, a w oczach pojawiły się łzy, bo to było ulubione powiedzonko babci Zuzy, kochanej babci, którą według powtarzającego się snu tak bardzo zawiodła i byłaby się rozpłakała, gdyby nie nagły blask słońca. 

- Koniec lasu. Ooooooobiaaaaaaad - krzyknął goblin niczym konduktor komunikujący odjazd pociągu. 

Elwirka rozejrzała się. Stali pośrodku jabłkowego sadu. Ciepły delikatny wietrzyk rozsiewał wokół zapach świeżych owoców. Drzewa skąpane były w zachodzącym słońcu, którego czerwony blask powodował, że owoce wyglądały na jeszcze dojrzalsze. Dziewczynka wciągnęła z rozmarzeniem powietrze nosem i poczuła jak usta wypełniają jej sięśliną. 
Dopiero teraz zrozumiała jak bardzo była głodna. Z burczącym brzuchem rozglądała się za czymś konkretnym do zjedzenia, gdy ujrzała uśmiechniętego goblina trzymającego w zielonych łapach przejrzałe jabłka. 

- Masz - powiedział podając dziewczynce brązowawy poobijany owoc, drugi rozgryzł swoimi żółtawymi zębami, a sok z przejrzałego owocu rozlał się po jego zielonej, chropowatej brodzie. 
- To ma być obiad? ? zapytała patrząc na rozkoszującego się słodkim miąższem towarzysza. 
- Nooooo ? powiedział goblin i zaczął brodzić wśród wysokich traw rozglądając się za kolejnymi jabłkami niczym myśliwy za zdobyczą. 
- Ja myślałam, że obiad to coś ciepłego. 
- No niby tak -powiedział swym skrzekliwym głosem pan arystokrata - możesz podgrzać owoce na kamieniu, ale dla mnie to zwyczajna strata czasu - zaśmiał się i zatopił kły w następnym znalezisku. 
- Tylko pamiętaj - powiedział mlaszcząc, zbieraj te... 
- ... najbrzydsze - dokończyła Elwirka 
- No - przytaknął nie zbity z pantałyku goblin - Te są najsłodsze. 

Siedzieli na kamieniach i jedli w milczeniu. Cisze przerywały mlaśnięcia goblina i pomruki zadowolenia gdy trafił na naprawdę słodki kawałek. Słońce zaczęło chować się powoli za pobliskimi wzgórzami i Elwirka pomyślała, że pora już się zbierać w dalszą drogę, bo do zamczyska z tego co mówił Pierdzioszek jeszcze mieli kawałek, lecz gdy przypomniała sobie co goblin mówił o Królowej i jej nieskazitelnym pięknie, jakoś się jej nie spieszyło by ją poznać. 

- No - przerwał jej rozmyślania goblin - zapowiada się piękny wieczór, dlatego dla bezpieczeństwa, poszukamy jakiegoś brzydkiego miejsca na nocleg. Jego słowa Elwirka przyjęła z ulgą. Las jest blisko, dzisiejszej nocy zanim goblin się obudzi ucieknie i się tam skryje, a potem... jakoś to będzie. 
- Ruszamy - zaskrzeczał Goblin przerywając jej rozmyślania. 

Szli kilkanaście minut, aż dotarli, do zacienionego, pachnącego stęchlizną zwaliska kamieni. Kamienie wyglądały jakby ktoś, kiedyś ustawił je celowo, aby później kopnąć rozrzucając całą misterną konstrukcję po dywanie lasu, niczym znudzone dziecko swoje klocki Lego. 

- Stonehange - powiedziała pod nosem, spojrzała na Goblina i głośno zapytała - Co to za miejsce? 
- To portal do innego świata, kiedyś bardzo ważne miejsce... - zaskrzeczał Goblin - ale teraz nie działa - dokończył myśl i pierdnął tak głośno, że Elwirce przypomniały się salwy armatnie, które słyszała podczas jakiegoś państwowego święta. 
- Czy w tej krainie są jakieś działające portale? - zapytała.
- Jest, jeden. 
- Gdzie? 
- Opowiem Ci przy ognisku - odpowiedział Goblin ? A teraz poszukaj drzewa na opał. 

Ciekawość gdzie może znajdować się portal, który może przenieść ją do jej świata, do babci, jakby dodała jej skrzydeł. W kilka minut zebrała tyle gałęzi, że wystarczyło by co najmniej na trzy noce. Goblin rzucił niedbale kilka szczap drewna, usiadł na kocu przy ognisku, pstryknął palcami i znikąd pojawił się ogień. Elwirkę aż zamurowało. Patrzyła z szeroko otwartymi ustami to na Mikiego, to na ogień. Goblin uśmiechnął się tajemniczo i powiedział: 

- Nauczył mnie tej sztuczki, mój stary dobry przyjaciel Kosma. Jak chcesz to Ci o nim opowiem. 

Choć Elwirka była bardzo ciekawa kim jest Kosma, jednak racjonalne myślenie i chęć powrotu tym razem wygrały z dziecięcą ciekawością. 

- Portal, miałeś mi opowiedzieć o portalu. 
- Dobrze - powiedział Goblin moszcząc się na kocu. - Więc... 
- Nie zaczyna się zdania od "Więc..." - powiedziała dziewczynka i od razu ugryzła się w język. 
- Chcesz usłyszeć o portalu? - powiedział urażony Goblin. 
- Chcę, chcę, przepraszam. Zamieniam się w słuch. 
- A więc... - rozpoczął Goblin i łypnął na Elwirkę swoim szarym okiem. Usatysfakcjonowany zainteresowaniem słuchacza, kontynuował swą opowieść, przywdziewając wyraz twarzy starego bajarza. Przynajmniej tak mu się zdawało, bo Elwirka widząc grymas na jego twarzy zaczęła się poważnie obawiać o jego wnętrzności. Zmilczała ten fakt i zaczęła słuchać 
opowieści - Było to bardzo dawno temu, nasz świat nie wyglądał wtedy jak teraz. Nasza Królowa bywała z nami każdego dnia, siadywała na łąkach i rozmawiała z pięknymi kwiatami, ptakami, a także z brzydkimi stworzeniami. Ba, właściwie, wtedy wszyscy ze sobą rozmawialiśmy, nie było podziałów na: piękny i brzydki, mądry i głupi. Wszyscy byliśmy równi. 
Portale istniały i od czasu do czasu przechodzili do nas przez nie goście, poselstwa z innych światów. A to żeby przynieść dary, a to żeby zapytać o radę naszej Królowej. 
Mówiłem już, że nasza Królowa jest baaaaaardzo mądra? - zapytał Goblin, a Elwirka pokiwała przytakująco głową - Aha -skomentował Goblin. - Były to piękne czasy, aż pewnego dnia z tego portalu, na którego ruinach teraz leżymy przyszło z darem poselstwo Glorghów. Glorghowie byli niemiłymi stworzeniami. Na ich twarzach zawsze było niezadowolenie, nic im się nie podobało. Wszystko było zawsze źle i według nich dążyło ku ciemności. Królowa mówiła o nich, że są esencja pesza..., pesyma...
- Pesymizmu - pomogła mu Elwirka. 
- Tak, właśnie tego słowa mi brakowało. Więc... - zaczął utracony wątek Goblin i łypnął na Elwirkę tym razem okiem brązowym, ale jako, że nie zauważył, żadnej reakcji, kontynuował - Tego dnia poselstwo Glorghów było jakby odmienione, mieli na sobie czarne mundury z czaszkami na kołnierzykach i było ich wielu. Stanęli tu na tym wzgórzu - wskazał na pobliski pagórek swym zielonym palcem - i zaczęli mówić: że od dzisiaj oni będą rządzić naszą krainą, że wszystko się zmieni, że wszyscy muszą być tacy jak oni i że każda odmienność będzie karana, a karą będzie śmierć. I Ci którzy się nie będą chcieli dopasować, podzielą los odmieńców i zaczęli coś krzyczeć, o rasie panów. Nie wzięli pod uwagę tylko jednej rzeczy, że nasza Królowa była bardzo silną kobietą i posiadała magiczne moce. Właściwie to się im nie dziwie, bo o ich istnieniu nie wiedział nikt w krainie. 

Nawet ja... - przerwał i splunął w żarzące się drwa ogniska - Pani naszych krain odrzuciła głowę do tyłu jakby chciała wezwać na świadków wszystkie gwiazdy i zaczęła śpiewać. 

Jej śpiew był jak gwar tysięcy kwiatów, odbijał się od starych drzew i wracał potęgowany echem lasu. Kochaliśmy jak nasza władczyni śpiewa, bo zawsze jej pieśni uspakajały i potęgowały dobre myśli, lecz tym razem jej śpiew był wypełniony bólem, był jak krzyk watahy wilków gdy płaczą po utracie swego wodza. I wtedy znikąd pojawił się wiatr. Królowa rzuciła głową na dwie strony i podzieliła wiatr na dwie trąby, które wiły się po ziemi jak węże goniące swoje ofiary. Trąby łapały poselstwo Glorghów i wrzucały ich niczym szmaciane lalki z powrotem do portalu. Aż nagle wszystko ucichło i przy portalu stał ostatni z nich. Królowa spojrzała mu w oczy i powiedziała - Wróć do swego króla i powiedz, że w naszej krainie, rządzę ja i zawsze tak będzie. 
Glorgh spojrzał w oczy mojej Pani i powiedział: 
- Mój Pan wiedział, że tak powiesz, dlatego dał mi dla Ciebie to - przerwał i wyciągnął przed siebie małą szklaną szkatułkę. Pokazał ją Królowej, po czym szybkim ruchem z okrzykiem.
? Społem w przepaść - rzucił ją o kamień. 
Królowa zaczęła znów swój śpiew, lecz było już za późno, szkatułka rozbiła się na milion kawałków i wydobyła się z niej mgła najośliźlejsza z oślizgłych, zaczęła unosić się po całej krainie i... nic już nie było tak jak dawniej?skończył swoje opowiadanie i otarł łzy płynące po policzkach. 
- Ale zaraz, powiedziała Elwirka, przecież Ciebie mgła nie zmieniła, ani Ciebie ani starych drzew. 
- Tak ? zaskrzeczał cichutko Goblin - bo mgła zaczęła zmieniać wszystko co narodziło się po tym wydarzeniu. Z czasem wszyscy zapomnieli jak wyglądał świat przed przybyciem poselstwa Glorghów. Jedyne czego w naszym świecie nie musisz się bać Elwirko to brzydkich stworzeń i tych, które pamiętają czasy sprzed mgły. 
- Rozumiem - powiedziała dziewczynka. - Czyli ten portal został zniszczony właśnie po tych wydarzeniach. Ale mówiłeś, że jest jeszcze jeden. 
- Tak. 
- I tamten działa? 
- Tak. 
- Gdzie, gdzie on jest? - zapytała Elwirka ukrywając swoją ciekawość. 
- Blisko łąki z kwiatami na której Cię znalazłem - odparł Goblin - Pokazałbym Ci go... - oczy dziewczyny zajaśniały z nadzieją ? ale to zupełnie nie po drodze - powiedział goblin i zamknął różnokolorowe oczy ? Śpij już, jutro czeka nas ciężki dzień, długa droga przed nami ? ziewnął i przekręcił się na bok. 

Moja droga zacznie się za chwilkę - pomyślała dziewczynka. Jak tylko zaczniesz chrapać, ucieknę. Przymknęła oczy i nasłuchiwała w ciemnościach pierwszych oznak twardego snu goblina. Nasłuchując myślała, że wcale nie uśmiecha się jej ponowne spotkanie z kwiatami, ale nie chciała spotkać się także z Królową, bo choć z opowieści wynikało, że jest dobrą kobietą, Elwirka nie chciała na własnej skórze sprawdzać czy mgła nie miała wpływu na jej dobroć. Usłyszała pierwsze chrapnięcie goblina i... usnęła. 

***

Znowu była w swoim świecie. Wirowała z Marysią i Kornelią w tym dziwnym tańcu. I skandowała: I-zo-lo-wać!!! I-zo-lo-wać! I znów usłyszała twardy głos babci: 
- Elwira do domu!!!! 

***

Obudziła się ze wstydem, lecz to uczucie nagle zostało wyparte przez rozgoryczenie, i złość, że w tak ważnym momencie, właśnie wtedy kiedy chciała uciec od tego zielonobrązowego stwora i wrócić do babci, tak łatwo zasnęła. Zła na siebie, pakowała do prowizorycznej torby zrobionej z koszuli jabłka, które zostały z obiadokolacji. Zimny wiatr owiewał jej ciało, potęgując zimno. 

- Nic to - pomyślała - chwila zimna jest niczym, przy głodzie, który mógłby się pojawić podczas podróży do łąki, a jabłka były sprawdzonym posiłkiem. Elwirka nigdy nie chciała się do tego przyznać, ale co jak co, jeść to ona lubiła. Spojrzała na śpiącego jeszcze goblina, uśmiechnęła się smutno, jakby chciała powiedzieć przepraszam swojemu przyjacielowi i spojrzała w kierunku ciemnego lasu. 

- To będzie długa podróż ? pomyślała i ruszyła w drogę.

***

Noc nie wyglądała strasznie, Elwirka zawsze bała się ciemności, ale nie tym razem. Świadomość, że wraca do babci i będzie mogła ją przeprosić, dodała jej odwagi. Drogę powrotną rozświetlały księżyc, którego srebrna głowa otulona była czarnym suknem nieba. Gdzieniegdzie iskrzyły małe gwiazdki niczym małe brylanciki przyszyte do ciemnej sukni nocy. 
Raźnym krokiem minęła sad, w ciemności wypatrując dojrzałych jabłek, ot tak na wszelki wypadek. Niestety mrok skrył je na tyle dokładnie, że dziewczynka nie chcąc tracić czasu, uznała, że wystarczy jej zapas, który niesie w prowizorycznej torbie. 

- Nigdy nie grzeszyłam cierpliwością - pomyślała i uśmiechnęła się do tej myśli. 

Nawet nie zauważyła gdy dotarła do granic lasu, który przywitał ją sowim pohukiwaniem. Pomiędzy splątanymi komarami błyskały czerwone ślepia jakiś nocnych drapieżników. 

- Las jest dobry ? dodała sobie otuchy Elwirka i minęła pierwsze drzewa. 

Jeśli podróż ciemnym lasem w ciągu dnia wydawała się ciężka, to ta sama podróż w nocy była wręcz katorgą. Elwirka wciąż potykała się o krzewy jeżyn, a czasem uderzała w drzewa, które pojawiały się znikąd, jakby bawiły się z Elwirką w chowanego i wyskakiwały na nią z cichym okrzykiem "mam Cię"! 
Pomimo to Elwirka brnęła przez las i miała nadzieję, że nie zgubiła drogi. Dotarła do małego strumyka, który oświetlała słaba poświata księżyca. 

- Odpoczniemy chwilkę - powiedziała dziewczynka i zaśmiała się do siebie, że zaczyna mówić jak Goblin. Wyciągnęła jabłko i wtopiła zęby w jego soczystą skórkę. Jedząc jabłko słuchała szumu wody płynącej w strumyku i patrzyła na pięknie wyrzeźbione przez nią błyszczące w świetle księżyca kamyki. Nagle usłyszała dźwięk pękającej pod czyimś ciężarem gałązki. 

Spojrzała w ciemność z której wydobył się trzask i ujrzała białego lisa. 

- A co my tu mamy - powiedział lis i zwinnie wskoczył na drzewo stojące nieopodal dziewczynki. 
- Wydaje mi się, że to będzie pyszne śniadanko - zapiszczała złowieszczo ciemność za plecami Elwirki. Dziewczynka powiodła wzrokiem w ślad za piskliwym głosem i ujrzała drugiego białego lisa. Wyglądał identycznie jak jego towarzysz i Elwirka mogłaby przysiąc, że byli braćmi bliźniakami. Choć nie wiedziała, czy to jest możliwe w królestwie zwierząt. 
- Nie możecie mnie zjeść - powiedziała Elwirka. 
- A dlaczego nie? - Zapytał jeden głos, a drugi zachichotał szyderczo. 
- Bo jesteście zwierzętami lasu, a las jest dobry. 
- Niby tak - powiedział pierwszy - w tym lesie żyją głównie brzydkie stworzenia, ale my...
- Jesteśmy inni - dokończył drugi i dla podkreślenia swoich słów polizał piękną kitę. 

Elwirę przeszył dreszcz. Jak mało wiedziała jeszcze o tym świecie. Jakim głupim pomysłem, była ucieczka. Wizja spotkania Królowej, nawet najokrutniejszej z okrutnych w tej chwili wydawała się wręcz błogosławieństwem. A teraz? teraz nie spotka już nikogo, pomyślała z przerażeniem patrząc w zbliżające się, błyszczące ślepia. 

- Nie weźmiecie mnie bez walki! - powiedziała unosząc z ziemi kij. 
- Nie broń się dziewczynko! - powiedział jeden. 
- Jesteś sama... - zachichotał drugi. 
- A nas dwóch, a w grupie siła - mówiąc te słowa, lisy zaczęły krążyć wokół swojej ofiary. 

Gdy jeden podbiegałściągając na siebie uwagę dziewczynki i umykając sprawnie przed razami zadawanymi kijem, drugi kąsał delikatnie swą zdobycz. - To tylko preludium - zrozumiała 
Elwirka - bawią się i czekają, aż się zmęczę, a gdy to się stanie, marny mój los. - pomyślała i znów poczuła na nodze ostre jak szpilki zęby. Wskoczyła na mokry kamień, spojrzała w oczy swych oprawców i powiedziała: 

- Nie wiecie kim jestem i jaką mam moc! - powiedziała najgroźniejszym głosem na jaki mogła się w tej chwili zdobyć. Lisy stanęły, spojrzały na siebie. 
- No nie wiem jak ty... - powiedział pierwszy - ... no ja umieram z przerażenia ? zachichotał szyderczo drugi. 

Elwirka odrzuciła do tyłu głowę, spojrzała w gwiazdy i zaśpiewała najpiękniejszą pieśń jaką słyszała od babci. Iiiiiiii.... nic się nie stało.

- Patrz bracie - powiedział lis - trafił nam się koncert. 
- No brawo, brawo - powiedział drugi - no to teraz czas na bankiet. 
- Warto było spróbować - pomyślała dziewczynka i czekała na nieuniknione. 

Lisy zaczęły zbliżać się powoli, mówiąc razem niczym wyliczankę:
- Lis był w ogródku. Lis witał się z gąską - dziewczynka już pogodziła się ze swym losem, opuściła ze smutkiem głowę, a po jej policzkach popłynęły łzy. Za swoimi plecami usłyszała czknięcie i pomyślała, ze jej umysł ze strachu płata jej figle, lecz ciemność czknęła ponownie i wtedy drzewa wokół zaczęły płonąć żywym ogniem. 

Przerażone lisy pierzchły w głąb niezajętego ogniem lasu, ale Elwirka była w pułapce. 

Ogień otaczał ją z każdej strony. Ujrzała olbrzymiego złotego smoka zionącego ogniem, jego złote łuski mieniły się w płomieniach i potęgowały uczucie gorąca. Jego długaśna szyja przesuwała się powoli to w lewo, to w prawo, a olbrzymia głowa wypluwała niekończący się strumień ognia zwiększając teren pożogi. Elwirka patrzyła na to z przerażeniem i już sama nie wiedziała czy nie lepiej było zginąć od pazurów i zębów lisów. 

- No cóż, jak to mówią z deszczu pod rynnę - powiedziała do siebie i czekała na rychły koniec i wtedy usłyszała znany skrzekliwy głos Von Juśko. 
- STOOOOPPPP !!! Kosma uspokój się!!! Przestań ziać!!! - po tych słowach ogień zniknął jakby go nigdy nie było, a pośród drzew pojawiła się głowa złotego smoka, z opuszczonymi w skruszę uszami. 
- Miki? - zapytał ciepłym głosem smok ciemność za plecami Elwirki. 
- A jak myślisz - powiedział goblin wychodząc z mroku, trzymając w dłoni błyszczący na czerwono kamień. 
- Znowu byłeś po drugiej stronie - powiedział goblin gromiąc wzrokiem olbrzymiego smoka, co wydało się Elwirce komicznym obrazkiem. Półtorametrowy goblin krzyczący na dwudziestometrowego smoka. 
- Eeeeee nie wiem o czym mówisz - powiedział smok odwracając oczy od Von Pierdzioszka. 
- Mnie nie oszukasz - powiedział Miki - znowu byłeś w Krakowie. 
- Nic z tych rzeczy - odpowiedział smok odwracając łeb i patrząc na dziewczynkę. 
- Kosma znowu masz zgagę, tylko wtedy tak ziejesz. A jedyne po czym masz zgagę - powiedział dedukując goblin - to owieczka wypełniona siarką. 
- To nie moja wina - żachnął się smok wskazując na Elwirkę - że dzieciaki z jej świata wierzą w bajki o wybuchających z przepicia smokach. 
- Ciekawe co powie na to Królowa, zabroniła Ci przechodzić przez portal. 
- Chyba na mnie nie doniesiesz - powiedział przymilnym głosem Kosma - Miki stary bracie. 
- Nie... - odpowiedział goblin, wywołując smocze sapnięcie ulgi, które poruszyło koronami starych drzew - ... sam jej to powiesz. Właśnie do niej zmierzam - kontynuował von Juśko, jakby tego nie zauważył. 
- Królowa jest w krainie? - zapytał złotołuski, a w jego głosie słychać było mieszaninę radości i strachu, przed konsekwencjami jakie niosło ze sobą nieposłuszeństwo. 
- Tak, zawsze pojawia się gdy w naszej krainie jest dziecko, czyżbyś zapomniał? - goblin spojrzał z wyższością na smoka. 
- Właśnie do niej zmierzamy. A Ty - tu wskazał na smoka swoim pokrzywionym palcem - będziesz nam towarzyszył i opowiesz Królowej o swoim skoku przez portal. Już ja tego dopilnuję. 

Po czym spojrzał na Elwirkę i powiedział: 
- A na Tobie moja panno bardzo się zawiodłem. Ucieczka była bardzo głupia. Zresztą... - spojrzał na smoka i Elwirkę - jeśli chodzi o głupotę, jesteście siebie warci. 

Po zakończonej tyradzie umoralniającej, Miki osunął się na ziemie jakby uszły z niego wszystkie siły życiowe. Elwirka spłynęła wstydem, podeszła do goblina i z przepraszającym uśmiechem podała mu jabłko. Von Juśko odrzucił dar ruchem ręki, odwrócił się do dziewczynki plecami i zasnął. 
Elwirce zrobiło się strasznie głupio. Nie chciała sprawić mu przykrości, a słowa, które usłyszała nie dawno od babci, a teraz od swojego zielnego przewodnika, wciąż pobrzmiewały w jej uszach, potęgowane ciszą lasu. 

- Nie martw się, przejdzie mu - powiedział smok patrząc w pustkę. - Bardzo się przejmuje swoją rolą od czasów mgły. Nie zawsze taki był. 
- Tak? - Elwirka spojrzała na smoka - A jaki był? 
- Przed mgłą był najbardziej roztargnionym i zabawowym kolesiem jakiego znałem - powiedział smok i splunął na małe drzewko stojące obok. Drzewko zapaliło się by szybko zgasnąć. 
- Kiedy się poznaliśmy byliśmy szczeniakami, mieliśmy po sto lat, a wiesz młodość rządzi się swoimi prawami. Zabawy, imprezy, takie tam. I nawet zaszczyt jakim został obdarzony przez Królową, czyli tytuł "Najwierniejszego z Wiernych" nie zmniejszyło jego chęci do psot. Wszystko zmieniła mgła! Od czasu zajść przy portalu stał się poważny i wciąż powtarzał, że: "to od nas, starych stworzeń zależy przyszłość naszego świata?. Podróżuje po naszej krainie i próbuje przypominać tym, którzy zapomnieli i opowiada młodym, którzy chcą go słuchać, jak to kiedyś było, ile w nas było miłości do bliźnich. Lecz widząc, że niczego jego opowieści nie zmieniają, zdziwaczał na starość. I jedyne w co wierzy, to Królowa. Głupiec myśli, że Królowa jest w stanie to wszystko zmienić i przywrócić stary ład. 

- A Ty już w to nie wierzysz? - spytała ciekawie. 
- Ja myślę, że gdyby Królowa mogła, już dawno by coś z tym zrobiła - powiedział smutno smok i wygrzebał pazurem z pomiędzy zębów pozostałości atrapy owieczki. Były to dwa związane ze sobą patyki, które miały imitować nogi, nie wiadomo, które przednie czy tylne, ale nie to zastanawiało dziewczynkę, większą ciekawość budziło pytanie, jak takie stare i inteligentne stworzenie nabrało się na taki prosty numer: cztery patyki i owczą skorę wzięło za prawdziwa owcę. Nie chcąc sprawić przykrości nowo poznanemu, postanowiła pozostawić tę zagadkę nie rozwiązana. W zamian za to zapytała: 
- Jesteś prawdziwym smokiem? 
- Najprawdziwszym z prawdziwych. Gdzież moje maniery - smok zwinnie stanął na tylnych łapach, rozprostował skrzydła i powiedział - Jam jest złotym smokiem, zwą mnie Kosma, miło mi poznać waćpannę - po tych słowach skłonił się dworsko. 
- Jestem Elwirka ? powiedziała dziewczynka i dygnęła. - Jesteś ostatnim smokiem? 
- Ależ nie, odpowiedział Kosma mam jeszcze brata Borysa, ale to jest jeszcze bardzo malutki smoczek i jak na razie uczy się latać w pobliżu naszej jaskini. 
- Co robią smoki? - zapytała Elwirka. 
- Potrafimy wszystko. Latać, zioniemy ogniem. Ale naszym głównym zadaniem ze względu na naszą długowieczność jest spisywanie historii krain, w których żyjemy. 
- A czy to prawda, że jecie ludzkie dziewice? - powiedziała z przestrachem Elwirka.
- Bzdura ? żachnął się smok - jemy tylko zwierzęta, nie jemy ludzi. Po pierwsze: ludzie kiedyś byli naszymi przyjaciółmi. 
- A po drugie? - zapytała ciekawie Elwirka 
- A po drugie ? smok opuścił głowę i prawie dotknął nosem, nosa Elwirki ? ludzie są strasznie łykowaci - powiedział i zaśmiał się głośno a jego śmiech udzielił się Elwirce. I zaczęli śmiać się wesoło. 
- Możecie się już położyć? - zaskrzeczał goblin. 
- Nie śpisz? - zapytała Elwirka 
- Spałem, ale wasz śmiech obudził by nawet umarłego - odpowiedział z wyrzutem Von Juśko.
- Rozchmurz się bracie - powiedział Smok.
- Nie - powiedział goblin, po czym wskazał palcem na Elwirę i Kosmę - Ty i Ty. SPAĆ! 

Smok i Elwirka spojrzeli na siebie, niczym dzieciaki przegonione wieczorem do łóżek. Smok za plecami goblina pokazał mu swój długi język, po czym rozeszli się na swoje prowizoryczne posłania. Ledwo głowa Elwiry dotknęła poduszki z mchu, odpłynęła w krainę snu. Nie wiedziała jak bardzo była zmęczona. 

***

Śniła ten sam wciąż powtarzający się sen, ten w którym tak bardzo zawiodła babcie. 

***

Obudziła ją stłumiona rozmowa. 
- Nie powinieneś być dla niej tak surowy - powiedział smok.
- A co Ty tam wiesz - parsknął goblin. 
- Wiem, że to tylko mała dziewczynka, która niewiele jeszcze wie o swoim świecie, a o naszym tym bardziej. Wiem, że jest daleko od domu i na pewno się boi. 
- No proszę, proszę, ?Pan Wiem Wszystko? się wypowiedział - parsknął swoim skrzekliwym głosem Von Juśko. 
- Zobaczymy czy będziesz taki ?wiem wszystko?, jak zaczniesz opowiadać Królowej o swoim skoku. 
- Ciekaw jestem czy Ty będziesz taki hardy przed obliczem naszej pani. Bo wiem jeszcze jedną rzecz, o której Ty chyba zapomniałeś ? odparował ostro smok. 
- A o czymż, że zapomniałem? - zapytał lekceważącym głosem goblin. 
- Że Królowa kocha dzieci - zakończył cichym, acz dobitnym głosem Kosma. 

Po tych słowach odwrócił się z wyższością, odszedł kilka kroków i poszybował ku słońcu, zostawiając goblina z rozdziawionymi ustami. Elwirka przyglądała się tej scenie ze swojego posłania, odczekała chwilkę, po czym wstała, podeszła do Von Pierdzioszka i powiedziała: 

- Dzień dobry! Przepraszam, nie chciałam Cię zawieźć. 
- Nic się nie stało, ja też przepraszam za moje zachowanie. 
- Czyli co, wszystko jak dawniej? - zapytała z nadzieją dziewczynka. 
- Tak, wszystko jak dawniej ? uśmiechnął się do niej goblin i dziewczynka, mogłaby przysiąc, że ten uśmiech był szczery i nawet troszkę miły. 
- Możesz mi powiedzieć jak mnie znalazłeś? - zapytała, a goblin uśmiechnął się szelmowsko. 
- To dzięki kamieniowi naszej Pani. Nie powiedziałem Ci o nim czegoś bardzo ważnego. Dostaje go od niej tylko jedna osoba w naszej krainie. 
- Najwierniejszy z Wiernych ? powiedziała w zamyśleniu Elwirka.
- Skąd wiesz? 
- Kosma mi powiedział, że otrzymałeś taki tytuł. 
- Czasem marzę, żeby przyciął sobie ten długi jęzor, tymi swoimi olbrzymiastymi kłami. A czy ten smoczy przedłużacz powiedział Ci, kim jest Najwierniejszy? 
- Nie ? odpowiedziała Elwirka 
- Zadaniem Najwierniejszego, było wyszukiwanie zbłąkanych dzieci, które dotrą do naszego świata. I ten kamień mi to ułatwia. 
- Jak? 
- Mrugając na niebiesko. Im bliżej dziecka jestem tym szybciej mruga, ażświeci stałym blaskiem gdy jestem tuż, tuż. 
- Ale wczoraj świecił na czerwono - stwierdziła dziewczynka. 
- Gdy świeci na czerwono, muszę się raczej pospieszyć. 
- Czemu? 
- Bo dziecko jest w niebezpieczeństwie - powiedział goblin i się uśmiechnął. 
- Chcesz jeszcze o coś zapytać? - Elwirka bardzo chciała, lecz przerwał jej lądujący Kosma. 
- Dobra, miejmy to z głowy - zaryczał smok jak tylko opadły tumany kurzu, wywołane jego ostrym lądowaniem. 
- Wsiadajcie na mój grzbiet i lećmy do Królowej. 

Dziewczynka spojrzała na Kosmę ze zdziwieniem. Ten uśmiechnął się tajemniczo i powiedział: 
- Leciałaś kiedyś na smoku? 
- Nie ? odpowiedziała z przestrachem dziewczynka 
- To jest jak latanie samolotem w waszym świecie, tylko bez stewardes i posiłków. 
- I bez wyjść bezpieczeństwa - powiedział goblin wdrapując się na złotołuski grzbiet. Elwirka wspięła się powoli na łapę smoka, a ten lekkim ruchem uniósł ją z ziemi i postawił na swym grzbiecie w pobliżu olbrzymiego skrzydła. Dziewczynka usiadła obok goblina i przeciągnęła dłonią po złotych smoczych łuskach i bardzo się zdziwiła, z daleka wyglądały na twarde i chropowate tymczasem w dotyku przypominały raczej futro pluszowego misia. Dotknęła delikatnej smoczej skóry, nie mogąc uwierzyć, że takie miękkie stworzenie mogłoby kogoś przerazić. Przypomniała sobie ich pierwsze spotkanie i mrożący strach, który ściął każdy jej mięsień. Uśmiechnęła się przytulając się mocniej do smoka, czując jego ciepło wyszeptała: 

- Nie oceniaj książki... 
- To duży zaszczyt latać na smoku - przerwał jej bezwiednie Juśko. 
- Czemu? - zapytała dziewczynka. 
- Bo smoki noszą na grzbietach tylko tych, których uważają za swych przyjaciół - krzyknął smok i mrugnął przyjaźnie okiem. 
- Trzymaj się! - krzyknął goblin, a smok już zaczął biec po polanie. 
- Czego? - zawołała dziewczynka 
- Czegokolwieeeeeeeek - zawołał goblin i wystartowali, a uszy dziewczynki wypełnił pęd wiatru. 

To była niesamowita podróż, prędkość lotu powodowała zawroty głowy. Smok chyba chciał, aby podróż była dla dziewczynki niezapomniana, bo wzlatywał ku słońcu, by co rusz pikować ku ziemi. To jest jak rolercoster pomyślała dziewczynka, tylko fajniejsze, bo żywe. 

- Mam nadzieję, że to nigdy się nie skończy! - krzyknęła całemu światu dziewczynka, ale świat tego nie usłyszał. 

Mijali pagórki i lasy, doliny i góry, lecieli ku słońcu, aż wreszcie dolecieli do pięknego jeziora, na którego brzegu stała strzelista budowla, wyglądająca jakby dachami dotykała chmur. Smok zaczął zwalniać, aż z wielką gracją wylądował na piaszczystej plaży. 

- Podobało się? - zapytał dumny ze swych akrobacji Kosma. 
- Tak, bardzo, musimy to kiedyś jeszcze powtórzyć - powiedziała zjeżdżając po jego grzbiecie. 
- Obawiam się, że nie będzie nam dane - powiedział ze smutkiem smok. 
- To cel naszej podróży - powiedział goblin - Oto twierdza naszej Pani. 
- Czyli już się nie spotkamy - powiedziała ze smutkiem Elwirka. 
- Dzieci, które wchodziły do zamku naszej Pani wracały do swych domów ? powiedział ze smutkiem złotołuski. 
- Szkoda, ale miło było Was poznać - gdy mówiła te słowa na skraju lasu, zobaczyła kobietę zbierającą kwiaty. Znała te ruchy, pamiętała je od najwcześniejszych swych lat. 
- Babciaaaaaaa! - krzyknęła dziewczynka i pobiegła do kobiety, zostawiając za plecami swoich towarzyszy. Biegła ile sił w nogach. - Babciu, babciu - rzuciła się w otwarte ramiona kobiety i przytuliła ją bardzo mocno. 
- Elwirka - powiedziała kobieta całując ją w policzki i gładząc po głowie. 
- Babciu, przepraszam nie chciałam Cię zawieść. 
- Już dobrze, cieszę się, że jesteś. 

W tym momencie wolnym krokiem do kobiet podeszli goblin i smok. 
- Pani... - przyklęknęli. 
-  Witaj Kosma, witaj Najwierniejszy z Wiernych. Cieszę się widząc Was w dobrym zdrowiu - powiedziała babcia władczym głosem. Elwirka dopiero teraz spostrzegła, że kobieta nie wygląda na starowinkę, którą kojarzyła ze swojego świata. Jej krok był sprężysty, a jej oszczędne ruch ukazywały jej siłę. W miejsce siwych babcinych włosów lśniły w słońcu śliczne kruczoczarne loki, a na czubku głowy błyszczał diadem. 
- Zaraz ? powiedziała Elwirka - Babciu, czy ty, czy ty jesteś ich Królową. Ja, ja... 
- Jeszcze wiele rzeczy o mnie nie wiesz - uśmiechnęła się babcia i mrugnęła tajemniczo. 
- Zostawcie nas na chwilę - powiedziała do dwójki swych poddanych i poprowadziła swoją wnuczkę ku tafli jeziora. 

Wyrzucony przez wodę piasek był przeczysty, gdzieniegdzie rosły piękne rośliny, które w naszym świecie nie przeżyły by nawet chwili na piaszczystymi terenie, a te tu rosły tak bujnie, że były by chluba każdego ziemskiego ogrodnika. Babcia mijała je gładząc ich płatki i mówiąc do nich łagodnym głosem, a te odwracały do niej kwiatostany i wyglądały jak stęskniony psiak, który cieszy się z powrotu długo nie widzianego właściciela! I dziewczynka mogłaby przysiąc, ze niektóre z nich nawet merdały ogonami, to znaczy łodygami, to znaczy... a może jej się zdawało. Podeszły bliżej wody i usiadły razem na plaży, przytuliły się patrząc jak zmierzające do wody powolnym krokiem żółwie odpływają i znikają w jej odmętach, pozostawiając po sobie tylko okręgi na tafli wody, po chwili ciszy babcia, powiedziała wskazując w ich stronę: 
- To bardzo stare stworzenia i ty tez pochodzisz z bardzo starego rodu Elwirko, rodu władców tej krainy. I po mojej śmierci to Ty obejmiesz tron. 
- Dlaczego ja? 
- Bo masz piękną wyobraźnie. 
- Babciu czy mogę Cię o coś zapytać? 
- Tak. 
- Dlaczego nie przywrócisz dawnego ładu tej krainy? 

Kobieta spojrzała z zamyśleniem w horyzont, a po jej policzku popłynęła łza: 
- Do tego potrzebna jest bardzo silna pieśń, każdy z władców może ją zaśpiewać tylko raz, ja swoją wykorzystałam by wygonić stąd poselstwo Glorghów. 
- A czy ja mam taką siłę? 
- Nie wiem powiedziała, babcia, to zależy jak wiele się nauczyłaś. 
- Wiem jedno: Nie oceniaj książki po okładce - uśmiechnęła się Elwirka i mrugnęła do babci. 

Spojrzała w niebo i zaczęła śpiewać pieśń nieznanym językiem, język zresztą był nie ważny, w pieśni zawarte były wszystkie emocje i przeżycia jej podróży. Pieśń niosła się po jeziorach i lasach i usłyszała ją cała kraina. A gdy Elwirka skończyła... 

... mgła odeszła. 

***

Dziewczynki były w klubie swojego ?gangu?. Klub znajdował się na strychu starego domu i był ich azylem ponieważ nie mieli tu wstępu ich starzy.. Ze ścian patrzyły na nie uśmiechnięte twarze piosenkarzy i przystojnych aktorów. Siedziały na podłodze i przeglądały czasopisma z ploteczkami z życia gwiazd. 

- Słuchajcie - powiedziała Kornelia - a może wymyśliłybyśmy jakiś nowy numer na Rudego Wojtusia. 
- Oj tak - przytaknęła Marysia.
- A może byśmy się z nim zaprzyjaźniły? - zapytała Elwirka i spojrzała w zdziwione oczy koleżanek. 
- Żartujesz - syknęła Kornelia, a Marysia dotykając czoła Elwirki powiedziała z udawaną troską - Dobrze się czujesz kochana? 
- No bo wiecie - nie dawała się zbyć Elwira - może on tak naprawdę jest fajny. 
- Jak coś tak Rudego i brzydkiego może być fajne? - zapytała Kornelia
- Gdyby był fajny miałby wielu znajomych - wtórowała jej Marysia. 
- Jeszcze się musicie wiele nauczyć - powiedziała cicho Elwirka i zaczęła nucić monotonną kołysankę swojej babci, a gdy skończyła, spojrzała na śpiące koleżanki, ułożyła ich głowy wygodnie na poduszkach po czym szepnęła z uśmiechem - Miłej podróży. Do zobaczenia po drugiej stronie... - i zamknęła oczy.