REDnacz
Gotowce: Maria Ulatowska
Autorką pierwszego "gotowca" 6. edycji Bazgroła jest Maria Ulatowska, która napisała dla nas opowiadanie "Piegus, brat Aiko".

Maria Ulatowska (ur. 15 sierpnia 1948 w Warszawie) - polska pisarka specjalizująca się głównie w literaturze z gatunku powieść obyczajowa.
Studiowała prawo na Uniwersytecie Warszawskim oraz bankowość na SGH. Pracowała m.in. w Stołecznym Przedsiębiorstwie Handlu Wewnętrznego, w PP "Moda Polska", w Centrali Narodowego Banku Polskiego. Przez ostatnie 15 lat pracy zawodowej zajmowała się prawem dewizowym; była współautorką książki wydanej w 2000 przez wydawnictwo Twigger "Prawo dewizowe. Komentarz". Przez kilka lat prowadziła też wykłady z tej dziedziny. Obecnie - na emeryturze. Jako pisarka prozy zadebiutowała w 2011 książką "Sosnowe dziedzictwo".

PIEGUS, BRAT AIKO

Aiko był pięknym, śnieżno białym samojedem, ze znanej hodowli Buria-Sibjer. Miał doskonale trójkątne uszka, wysoko osadzony ogon; nos był czarny, a oczy ciemnobrązowe, prawie czarne. Modelowy okaz szpica. Szpica syberyjskiego.
Wiedział, że ma w życiu szczęście. Skąd wiedział? No, czuł to całym swoim psim jestestwem, czuł to w każdym kawałku swojego samojedowego ciała.
Już rok mieszkał w nowym domu, z nowymi właścicielami. Od momentu, gdy właściciele ci weszli do poprzedniego domu, w którym przebywał po urodzeniu, ze swoją mamą i rodzeństwem, Aiko wiedział, że to jego rodzina. Pan, wysoki brunet, z nieco chmurnym spojrzeniem - które zmieniało się na rozanielone, gdy patrzył na Aiko - i pani, drobna, szczupła blondynka, z pięknie wijącymi się włosami, spadającymi poniżej ramion. Aiko wygramolił się z kojca i ruszył na ich przywitanie - taka jeszcze niezdarna baryłka na nieproporcjonalnie grubych łapach - a oni wzięli się za ręce, popatrzyli na siebie i obydwoje, jednocześnie, skinęli głowami.
- Ten! - powiedziała pani, opadła na kolana i mocno przytuliła Aiko, aż pisnął.
- Ten! - powiedział pan, zwracając się do hodowcy. - Mam nadzieję, że jeszcze nie zamówiony? - upewnił się.
I w ten oto sposób Aiko rozpoczął swoje rzeczywiste życie, u Adama i Małej. Życie, które po prostu go rozpieszczało. Miał wszystko - właściwą opiekę, miłość, czułość, zrozumienie, spacery, jedzenie i - co lubił najbardziej - bieganie po lesie. Biegał z Adamem, biegał z Małą, ale najbardziej lubił biegać z ich synem - Piotrkiem, który był mniej więcej w jego wieku, oczywiście po zastosowaniu przeliczników wieku psiego i ludzkiego. Pierwszy rok szczeniaka = 14 lat Dzieciaka, mniej więcej. Dzieciak, czyli Piotrek, ku zmartwieniu Aiko, nie mógł biegać z nim codziennie. Dzieciak bowiem miał bardzo dużo zajęć. Poza normalną szkołą, chodził jeszcze do szkoły muzycznej, dodatkowo uczył się angielskiego, bo Mała uparła się, że poziom nauczania w szkole nie jest najwyższy. A jej dziecko musiało mieć wszystko, co najlepsze. 
Jednak Aiko nie mógł narzekać, bo w te dni, w które nie mógł biegać z Dzieciakiem, biegał za rowerem Małej, po kilkanaście kilometrów dziennie.
W domu czuł się królem absolutnym, wiedział po prostu, że jest najważniejszy i że wszystko mu wolno. Jednak nie wykorzystywał tego w żaden sposób, cóż - nie był człowiekiem, to jasne!
Czasami tylko, gdy nikt się nie kwapił, żeby wyjść z nim na spacer, Aiko podnosił głowę, z tymi swoimi trójkątnymi, szpiczastymi, uszkami - i wydobywał z siebie ni to jęk, ni to skowyt; wysoki, krótki dźwięk, będący sygnałem oczekiwania na coś, co było mu absolutnie należne.
- Co jest? - pytał. - Kto pójdzie ze mną na spacer? Przecież już czas.
Ten psi zaśpiew niezmiennie podrywał na nogi Małą, bez względu na to, co w danej chwili robiła.
- Pies chce na spacer, tak? - szczebiotała, przykucając i tarmosząc Aiko za kudełki. - Adasiu, pójdziesz z nim? - pytała męża, który; w zależności od tego, czym się zajmował; brał do ręki uprząż Aiko i - albo sam ją zakładał, albo zakładał ją na biodra Małej, wypychając ją z domu.
Życie generalnie nie było więc złe.

Aiko bardzo lubił wyjazdy z państwem. Gdy z garażu wytaczał się samochód, podekscytowany pies tańczył dookoła, ustawiając się przed bagażnikiem. Tam właśnie - w samochodzie combi - było jego miejsce. 
Jeździli w różne miejsca, albo tylko do lasu, albo na działkę siostry Adama, albo - co Aiko lubił najbardziej - do przyjaciół Adama i Małej, na Mazury. Wyjazdy na Mazury były dla psa ekscytujące. Nie dosyć, że wszędzie było mnóstwo nowych zapachów, to i miejsca do biegania było bardzo dużo. I tyle nowości. Wielkie psy (psy?) w łaty, w rogami, albo takie z długimi ogonami i grzywami, albo po prostu - najbardziej do prawdziwych psów podobne - inne psy, nie samojedy, ale cóż tam - z niektórymi bardzo przyjemnie było się bawić. Nie ze wszystkimi, niektóre uciekały, jakby bały się Aiko - a może bały się Adama, albo Małej? Niektóre natomiast chciały się bić, ale Adam nigdy na to nie pozwalał. Mała zresztą też nie. Trudno, mimo tego i tak na Mazurach było najciekawiej.

Pewnego lata, gdy Aiko miał już 5 lat, a Dzieciak już był studentem - Mała i Adam znowu spakowali torby. Pakowanie toreb było czymś, co zawsze dość denerwowało ich psa. Raz zdarzyło się bowiem, iż po takim pakowaniu toreb, zarówno Mała, jak i Adam, a także Dzieciak, zginęli gdzieś z domu. Aiko nie został, oczywiście, sam. W domu zamieszkał z nim pan Zbyszek, przyjaciel Małej i Adama. Cóż, Aiko go znał i nawet lubił, ale wolał swoich państwa - a ci zniknęli. I mimo, iż Aiko leżał pod drzwiami i skomlał żałośnie, nikt nie reagował na jego skargi. Pan Zbyszek podrapał go tylko za uszkami i napełnił jego miskę. Ale pies nie chciał jeść. Pies chciał się przytulić do pani, albo do pana. A najlepiej - żeby byli w domu obydwoje. Oni i Piotrek. Jednak wszyscy zjawili się w domu dopiero po kilku dniach i Aiko nie wiedział, czy ma być obrażony, czy ma pokazywać, jak szaleńczo się cieszy. Ale - to jasne, był psem, więc nawet, gdyby umiał udawać obrażonego, ogonek i cała tańcząca psia postać wyrażały radość najwyższą i najpiękniejszą.
- Mój pies! - klęczała przed nim Mała. - Tęsknił! I czekał. A ci podli państwo gdzieś psu zniknęli. Zostawili psa, pojechali sobie... - wdzięczyła się przed nim, tarmosząc go za kudełki i całując po tym ślicznym, czarnym nosie.
- Mama, daj mu już spokój - mruknął Piotrek i teraz on przykucnął obok psa. Nie mówił nic, tylko wtulił twarz w szyję Aiko. Obydwaj aż zamknęli oczy z zachwytu.
Adam rozmawiał z panem Zbyszkiem, dziękując mu za opiekę nad psem.
- Wiecie? - powiedział do żony i syna - Chyba był to nasz pierwszy i ostatni wyjazd bez Aiko. Wyobraźcie sobie, że nie chciał jeść, leżał pod drzwiami i piszczał.
- No, mówiłam - Mała znowu przykucnęła przy psie i "zagłaskiwała go" bez umiaru. - Nie bój się, malutki, już cię nie zostawimy.
"Malutki" rozumiał z tego tylko to - i aż to - że nareszcie ma wszystkich w domu i nic innego go nie obchodziło. Przypomniało mu się nawet, że jest głodny i stanął przy misce, w której było wprawdzie trochę suchej karmy, ale Aiko miał nadzieję na coś smaczniejszego, bo taką karmę jadł, no cóż..., gdy nie było nic lepszego. Teraz jednak uważał, że zasługuje na jakieś pyszniejsze jedzonko.
Na razie niestety nic innego nie było, bo przecież państwo dopiero wrócili do domu. Mała wstawiła rosół, a mięso z rosołu -kawałek wołowiny i pół kurczaka - to zawsze dodatek do psiego jedzenia. Aiko czuł już znany zapach i wiedział, że jedzenie -będzie. Czyli chyba już było wszystko dobrze.
Za każdym razem jednak - gdy Aiko widział pakowanie walizek, toreb, plecaków, czy czego tam jeszcze - jego psie serce zamierało i kręcił się wokół niespokojnie, pytając niemo - Zostawicie mnie? Wyjeżdżacie gdzieś?
- Pies jedzie z nami - mówiła do niego Mała, przytulając psi łeb do swoich kolan.
- Tak, tak - jedziemy wszyscy - szeptał mu w ucho Dzieciak, przykucając i wtulając twarz w psią szyję, swoim ulubionym gestem.
Aiko stał więc przy drzwiach, zdecydowany wyruszyć na wyprawę, jakakolwiek by ona nie była. I wyruszyli ? na Mazury. Na całe dwa tygodnie. Było lato, Dzieciak miał wakacje, a Mała i Adam mieli urlopy. 
Pogoda była taka sobie, dość często - niestety - pod psem.
Ale generalnie urlop im się udał. Popływali żaglówką - z psem na pokładzie, a jakże; Adam z Dzieciakiem łowili ryby; Mała z Gabrysią, żoną Przemka, przyjaciela Adama jeszcze z czasów studenckich - robiły przetwory ze wszystkich owoców, jakie rosły w ogrodzie Gabi i Przemka. Jeździli po okolicy, pływali w jeziorze, opalali się, nie zwracając uwagi na dziurę ozonową -jednym słowem - odpoczywali.
Aiko, wielce zaprzyjaźniony z Funią, suczką gospodarzy, terieropodobnym kundelkiem rasy polskiej, biegali po całym terenie, płosząc kury i ganiając wiejskie koty. Wakacje to wspaniały czas dla wszystkich.
Jednak, niestety - wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Znowu więc zaczęło się pakowanie toreb, ale Aiko już się nie denerwował.
- Jedziemy do domu - powiedział mu Dzieciak.
Gdy poczuli, że muszą się zatrzymać, zrobili to na pierwszym możliwym do zatrzymania się miejscu. Przy lesie, oczywiście, bo jechali wśród lasów, choć od czasu do czasu trafiały się wiejskie osady po drodze, niedawno właśnie jakąś mijali, nie rejestrując nawet w pamięci ich nazw.
Wysiedli z samochodu, razem z Aiko, oczywiście - i każdy poszedł w swój leśny kącik. Aiko też podniósł nogę, ale po chwili zaczął się kręcić i poszczekiwać alarmująco. Takie krótkie szczeknięcia oznaczały, że pies ma coś do przekazania. Pociągnął za sobą Małą, z którą był sprzężony uprzężą. Chcąc nie chcąc poszła więc za nim i, po paru krokach, zamarła. Aiko dopadł do jakiejś rudej kupki sierści, leżącej po drzewem. Kupka, słysząc pewnie nadchodzących - Małą z Aiko - poruszyła się i uformowała w psa. Ledwo stojącego na nogach. Przywiązanego drutem do drzewa. Drutem, który wbił mu się w szyję, pokrytą już zakrzepłą krwią.
- Adam! Piotrek! - wołała Mała - Chodźcie tu prędko.
Rudy, zmaltretowany psiak, opadł na ziemię, nie mogąc utrzymać się na łapkach. Aiko skomlał i wyrywał się do niego, ale Mała trzymała go mocno.
- Piesku, nie bój się - przemawiała do tej psiej kupki nieszczęścia. - Już się tobą zajmujemy.
Adam, który nadbiegł wraz z Dzieciakiem na wołanie Małej, już klęczał przy psie, rozplątując drut, którym pies był przywiązany.
- Piotrek, przynieś z samochodu miskę Aiko - rzucił synowi kluczyki od samochodu. - W szufladzie przy moich drzwiach jest butelka wody, przynieś ja też. Biegiem.
Ale Dzieciaka nie trzeba było popędzać, sam gnał do samochodu w te pędy. Po chwili był już z powrotem przy drzewie. Adam wyplątał biedne zwierzę z drutu, ale pies był tak osłabiony, że nie mógł stać. Podstawili mu pod pyszczek miskę, napełnioną wodą. Psiak wysunął język i łapczywie wychłeptał kilka łyków. Adam wziął psa na ręce i wszyscy poszli do samochodu. Aiko został zapakowany do swojego bagażnika, choć bardzo protestował, zaintrygowany wielce tym wszystkim, co się działo. Piotrek wyciągnął koc z siatki, przypiętej z boku bagażnika, położył go na tylnym siedzeniu, obok siebie i na tym kocu ułożyli znalezionego psa.
Mała płakała cicho. - Och, co za bydlak tak go urządził. Nie chciał psa, to niechby go oddał do jakiegoś schroniska. Ale tak? W lesie? Drutem do drzewa? Przecież to skazanie zwierzaka na pewną śmierć. I to jaką straszną - chlipała.
- Mamo - odezwał się Piotrek. - Do jakiego schroniska? Co ty mówisz? Widziałaś gdzieś kiedyś na Mazurach jakieś schronisko dla zwierząt? No, może w Olsztynie jest, albo gdzie. Ale przecież tu naokoło tylko jakieś wiejskie osady. Albo ?kurorty?, ha,ha!
- To już lepiej, lepiej... - trzęsła się Mała - żeby wziął siekierę i w łeb. Humanitarniej, nie? Szybciej i mniejsze cierpienie.
- Marysiu, już dobrze - odezwał się Adam. - Ten pies miał wiele, wiele szczęścia. Ktoś chyba kierował naszym samochodem, że akurat w tym miejscu się zatrzymaliśmy i Aiko go wywąchał. Ale wiejskie zwierzęta wiele muszą wycierpieć, sama widziałaś przecież niejedno...

- Zobaczcie, jaki on śmieszny. Cały rudy, a łapki do kolan ma białe i pokryte piegami. Piegus po prostu.- mówił Piotrek.- O, Piegus, tak będzie miał na imię, dobrze? Piegus, brat Aiko.
Aiko, słysząc swoje imię, nastawił uszka i pisnął cicho.
- Słyszycie? Aiko się zgadza - ucieszył się Dzieciak. - Bo przecież nie oddamy go już nikomu, prawda? - zwrócił się do rodziców. - On już myśli, że jest nasz. Nie możemy go teraz zawieść, nie po tym, co przeżył - przekonywał. - No, prawda? -naciskał.
Ruda kupka nieszczęścia, jakby rozumiejąc, że o niej mowa i że ważą się jej losy, pomachała nieśmiało puszystym ogonem.
- Mamo, ogonem macha - ucieszył się Piotrek.
Adam spojrzał na Małą. Kiwała zawzięcie głową, z góry w dół, z góry w dół, z góry w dół. Adam zrozumiał więc, że rodzina im się powiększyła. Rozumiał to też Aiko - wiedział to zresztą od pierwszego momentu, w którym ujrzał tego rudego biedaka. Jego brata. 
Piegusa. Jego brata.